
Grafika: Laliga.com
I tak nam minęły kolejne dni zmagań w fazie ligowej Ligi Mistrzów, pora szybko zapomnieć o dzisiejszym spotkaniu, bo już za rogiem kolejne. I to jakie! Przed nami jeden z najbardziej elektryzujących kibiców Realu Madryt moment w tym sezonie. Pierwszy Klasyk sezonu 2026/2027 przed nami!
Z tymi starciami pod względem emocji równać się mogą chyba wyłącznie gry półfinałowe i finałowe Ligi Mistrzów z udziałem naszego zespołu. A zapewne wielu powie, że nawet te czuje się inaczej. Może niekoniecznie są one ważniejsze, ale napięcie jest inne. Większe niż w derbach, większe niż w innych rywalizacjach. Cóż, gdy staje naprzeciwko Twojej drużyny odwieczny rywal, to nie może być inaczej.
Zapewne każdemu z tu zgromadzonych, bez względu na wyznawane wartości moralne, zdarzyło się choć raz w życiu kiedyś pozazdrościć komuś o podobnym statusie społecznym, że jemu udało się coś, o czym po cichu (albo i nie) marzył, zaś my - nie potrafiliśmy tego osiągnąć, a długo na to czekaliśmy i się o to staraliśmy. I chyba to samo uczucie towarzyszy nam, gdy przez kolejne miesiące Twój odwieczny rywal czerpie przyjemność z gry na boisku, spuszcza łomot co raz to kolejnym drużynom, podnosi kolejne trofea, a nasza męczy się na murawie, szarpie o każdy punkt - i nic z tego nie ma, zaś w potyczkach bezpośrednich zawsze jesteśmy tym gorszym na tle syna koleżanki swojej matki. Mniej więcej tak to ostatnio wygląda.
Można się pocieszać, że za nami wiele lat wielkich triumfów - i akurat to nie podlega dyskusji. Zapewne gdyby ktoś w 2013 roku zaproponował nam pakt z losem i 6 Pucharów Europy do 2024 roku, a potem kilkuletnią posuchę i ligową dominację Barcelony, nieprzekładającą się na areny europejskie, to chyba długo byśmy się zastanawiali i wzięli to w ciemno, pytając wcześniej ochoczo, gdzie złożyć swój podpis w celu realizacji takiego scenariusza. No i zdarzyło się tak, że pierwsza część powyższego scenariusza już dość dawno za nami, ale druga właśnie trwa i... już nam jednak nie wsmak. Zapewne chcielibyśmy, żeby koniec warunków takiej umowy prędko nastał, bo już za długo się to wlecze. Mamy za sobą 3 lata srogich batów od Barcelony (wprawdzie jeden Klasyk udało się wygrać, ale w ostatecznym rozrachunku nic on nam nie dał) i nie za bardzo widać nadzieję na koniec tej sytuacji.
Owszem, można szukać lichego pocieszenia, że Blaugrana - przynajmniej na razie - wciąż nie jest najsilniejszą ekipą na kontynencie i dwunasty rok czeka na swój szósty Puchar Europy, tylko co z tego, skoro nasi też sobie w Lidze Mistrzów nie radzą, a i w Hiszpanii niczego nie zdobywają. Można też zadać sobie pytanie, jak bardzo musiał spaść poziom LaLiga, skoro ta Barcelona, którą co rusz wyjaśnia jakaś ekipa na poziomie ćwierćfinału, czy półfinału LM, w Hiszpanii jedzie ze wszystkimi jak chce i nie potrafi znaleźć nikogo, kto byłby choćby blisko jej zatrzymania. Trzydzieści dziewięć strzelonych goli w zaledwie dziewięciu kolejkach mówi chyba dość jasno, jaka przepaść dzieli pod względem piłkarskim podopiecznych Flicka i resztę ligi.
No i właśnie z tą rozpędzoną maszyną będziemy musieli zmierzyć się w niedzielę. Powtarza się zatem sytuacja z roku 2010. José Mourinho na ławce trenerskiej próbujący znaleźć sposób odwiecznego rywala. O ile piłkarsko, całościowo może Barcelona Flicka nie jest tak silna, jak ta za czasów Guardioli, ale jest pewien aspekt, w którym może śmiało konkurować z tamtą drużyną. I tym aspektem jest bramkostrzelność i dynamika ataku.
Pierwszy Klasyk z Mou na ławce Realu Madryt jak się skończył, to wszyscy pamiętamy. Czy należy szykować się na powtórkę? Ciężko orzec, ale z bólem należy przyznać, że kolejna manita w plecy nie byłaby dla madridistas szokiem, po którym przecieraliby oni przed dwa dni oczy ze zdumienia. Niestety. Nasza gra obronna pozostawia wiele do czynienia, a w ataku nie ma wprawdzie tragedii, ale do ideału też daleko. Zatem i w defensywie i w ofensywie nie jesteśmy na poziomie Blaugrany. A zatem z czym do ludzi?, zapytacie? No i jak tu odpowiedzieć? Chyba po prostu tak, że z nadzieją. Do niedzieli będziemy liczyć na to, że portugalski szkoleniowiec oglądał potyczkę PSG z Barceloną i spróbował wyhaczyć jakieś smaczki taktyczne, którymi mógłby jednak wbić kij w szprychy niemal doskonale funkcjonującej machiny rywala. Może stałe fragmenty, może co innego? W latach poprzednich wszyscy widzieli, że Barcelonę da się zaskoczyć piłkami za ich wysoko ustawioną linią defensywną, ale ile było drużyn potrafiących wykorzystać to na tyle, aby osiągnąć korzystny rezultat? Nie za wiele, bo cóż z tego, że udało strzelić się podopiecznym Flicka gola jednego, dwa, czy nawet trzy, skoro ci w większości przypadków zawsze strzelali o co najmniej jedną bramkę więcej? No nic. Tę zagwozdkę pozostawmy naszemu szkoleniowcowi do rozgryzienia. My natomiast zasiądziemy przed telewizorami do meczu z wiarą, która rozwieje się prędko, albo i nie. Może jednak ostatnie mecze są dobrym sygnałem i świadczą o trwałej poprawie w grze, która pomoże coś ugrać? Bardzo by nas to ucieszyło. Ale jeśli nie, to posmucimy się trochę, ale biel naszych serc pozostanie równie czysta i niezachwiana. ¡Hala Madrid!
Zespół sędziowski wyznaczony do arbitrażu tego meczu poznamy w drugiej połowie tygodnia.
Transmisja w CANAL+ Sport i CANAL+ Sport 6.
FC Barcelona - Real Madryt: 10. kolejka LaLiga 2026/2027, niedziela, 25 października 2026, godzina 21:00, Camp Nou.
Sędzia: [x]